Pokazywanie postów oznaczonych etykietą opowieści. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą opowieści. Pokaż wszystkie posty

środa, 29 września 2021

Czar pegeeru na stanowisku archeologicznym


Z tą butelką było tak, pojechałem z kolegą humanistą na stanowisko archeologiczne, gdzie prowadzono badania na staropruskim kurhanie. Było to w okolicach Cerkiewnika, w pobliżu linii kolejowej. W pobliżu pruskiego kurhanu znalazłem butelkę. Pełno śmieci w lesie, więc dlaczego ta zwróciła moją uwagę? Tak, często zbieram śmieci w lesie, i puszki, i plastikowe butelki i te szklane. Wypijamy dużo i wyrzucamy gdzie popadnie. Ale butelki i puszki nie tylko szpecą, są także śmiercionośnymi pułapkami dla owadów. Masowo giną w nich chrząszcze z rodziny biegaczowatych, z rodziny omarlicowanych i żuki gnojarze. Butelki w lesie szpecą i zabijają. Przy każdej okazji zbieram i wynoszę do odpowiednich pojemników. Ale tę butelkę zatrzymałem. Była zbyt cenna. Dlaczego? 

Charakterystyczny kształt butelki wskazywał, że jest stara. Właśnie w takich kiedyś sprzedawano wino marki wino, czyli tanie wina owocowe. Teraz już takich butelek nie ma w obrocie. Były to butelki zwrotne. Nawet jak pijaczkowie zostawili w krzakach, to ktoś we wsi pozbierał i odnosił do punktu skupu. Za butelkę płacono wtedy 50 gr lub złotówkę. Wracały do obiegu i ponownie pojawiały się w sklepie z napojem alkoholowym. Czasami żartobliwie na te owocowe wina mówiono "czar pegeeru", "jabol", "patykiem pisane". Nie ma już takich butelek i takich win owocowych. Tanie alkohole teraz są w innych butelka i najczęściej nazywane są "nalewkami". Spirytus rozcieńczony jakimś sokiem/syropem o smaku owocowym. Wina owocowe powoli wracają do użytku ale nie należą do najtańszych trunków powszechnego spożycia.

Dawniej, oprócz domowych przetworów, w wielu domach stały szklane gąsiory, w których fermentowało domowe wino owocowe. Teraz takie domowe rękodzielnictwo należy do rzadkości. Wtedy wykorzystywano jabłka, porzeczki, dziką różę, żyto, ryż itd.

Na butelce, kojarzącej się z wsią z dawnych lat i wiejskimi sklepami, gdzie na trawie popijali trunki tutejsi (miejscowi), nie było zazwyczaj żadnych ławek, stołów czy parasoli. Ot pili pod płotem, pod drzewem, w krzakach.  Siedząc w kucki lub leżąc na trawie. Byliśmy wtedy znacznie ubożsi a infrastruktura barowo-pubowa praktycznie nie istniała. Przynajmniej na wsiach. 

Na butelkowo zielonym tle (tak, tak, jest kolor butelkowy i oznacza odcień zieleni) namalowałem dziewannę. Roślina suchych łąk i pastwisk. Bardzo mi się kojarzy z wsią i wakacjami. Oraz dorosłego chruścika z rodziny bagnikowatych ( Limnephilidae). Może to być np. Limnephilus flavicornis (bagieniec zółtorogi), larwy żyją w małych, bagiennych zbiornikach wodnych. Spotkać je można wiosną i wczesnym latem. Dorosłe chruściki odżywiają się sokami roślinnymi. Chętnie przylatują w nocy do fermentujących owoców czy pozostałości po napojach alkoholowych, takich jak wina owocowe. Zapach moczu też je zwabia. W krzakach, pod wiejskim sklepem, sporo zawsze było pustych butelek i miejsc, gdzie oddawali mocz wiejscy pijaczkowie. Albo okazjonalni biesiadnicy w czasie zabawy wiejskiej. Szaletów nie było. Zupełnie inne czasy i inny świat. 

Oj nasłuchały się takie butelki najróżniejszych opowieści, prawdziwych i całkiem zmyślonych, bo opowiadanych dla towarzystwa. I różnych żali, nieszczęść, bo przecież w butelce topione były różne smutki i nieszczęścia. 

Kto zostawił tę butelkę w pobliżu kurhanu? Daleko od zabudowań ale przy leśnej drodze. I jaki trunek był w środku?  Kto i kiedy wypił? I jakie tej biesiadzie towarzyszyły opowieści? Pytania, na które niezwykle trudno znaleźć odpowiedź. Łatwiej stworzyć fikcję literacką, które przecież może być przesiąknięta prawdą o życiu. Może być swoistym uogólnieniem ludzkiego życia, problemów, procesów i zjawisk.  

A czy i co pili starożytni Prusowie w czasie uroczystości pogrzebowych, na pobliskim kurhanie? Na pewno nie używali szklanych butelek. Ale co pili i w jakich sytuacjach? Ktoś wie?



piątek, 9 sierpnia 2019

Malowanie kamieni w klimacie cittaslow

(Fot. Anna Wojszel, 20 lipca 2019 r., Orneta
Można postawić dwa pytania są niezwykle ważne. Po co - czyli pytanie o cel. Dlaczego - czyli pytanie o powody, przyczyny, genezę. I w końcu można zapytać, co z tego wynika, że ileś tam osób pomaluje polne kamienie, stare dachówki, wyrzucone butelki czy słoiki. Czy jakaś wartość z tego się rodzi? Po co malować polne kamienie na ulicy, gdzieś w małym miasteczku? Zamieszczone obok  zdjęcie dobrze ilustruje odpowiedź (choć nieprecyzyjnie). Właśnie dla takich widoków warto organizować otwarte plenery w przestrzeni publicznej. By był pretekst i powód do wielopokoleniowego spotykania się ludzi w przestrzeni publicznej, na podwórku, w parku, skwerze. Tym razem spotkaliśmy się na ulicy Rycerskiej w Ornecie. Malutka uliczka w malutkim mieście cittaslow. A wielkie sprawy. Przypatrz się uważnie, a dostrzeżesz.

Małe rzeczy też są ważne i potrzebne. Nie tylko imprezy masowe z głośną muzyką, dmuchanymi reklamami i straganami z balonikami. Kilkugodzinny plener, wiele rozmów, wiele doświadczeń. Dlaczego kamienie? Bo są za darmo, leżą i  nic nie znaczą. Dostępne, więc ich nie szanujemy, nie cenimy. Zawadzają. Albo stare dachówki. Kłopotliwy gruz poremontowy. Nawet jak mają po sto lat, nawet gdy są efektem unikalnej pracy rzemieślniczej, to po zmianie dachu traktowane są jako niepotrzebny śmieć. Wyrzucić gdzieś do rowu, zasypać jakąś dziurę w ziemi, pozbyć się bo bezwartościowe i zawadzają. Tak samo ze starymi butelkami czy słoikami - zbędne opakowania po przebrzmiałej konsumpcji (niejednokrotnie szybkiej i jednorazowej). Ale przez wspólne spotkanie w przestrzeni publicznej, przez pomalowanie, nabierają nowego sensu, nowego znaczenia. Stają się przydatne, łączymy je z nimi emocje. Nabierają wartości. I cały czas przemawiają w przestrzeni publicznej. Przemawiają o wartości człowieka, o konsumpcji i stylu życia. Na przykład w małym, warmińskim miasteczku.

Spotkanie było niewielkie. Łącznie przewinęło się przez plener - uczestników i widzów - jakieś 50-60 osób (czytaj więcej). A jaki to spotkanie wywarło wpływ? Pomocne w tych rozważaniach będą statystyki "eventu", założonego na Facebooku. Na początek ważne zastrzeżenie: nie wszyscy uczestnicy są internetowi i korzystają z Facebooka. Zatem statystyki odnoszą się tylko do części uczestników i fragmentu wywieranego wpływu. 

Łącznie facebookowe wydarzenie dotarło do blisko 6. tysięcy użytkowników. Zatem to z pozoru małe przedsięwzięcie wywiera spory wpływ. Ponadto efektem pleneru są liczne zdjęcia, wrażenia czy ustne relacje, które kiełkują jeszcze wiele dni, miesięcy czy lat po samym jednodniowym plenerze. 


(Słupki niebieskie - mężczyźni, słupki zielone - kobiety)

Na początek spojrzenie demograficzne. Po pierwsze wyraźnie przeważają kobiety, zwłaszcza widoczne jest to w starszych grupach wiekowych. Efekt ten zauważyłem już na kilku innych "eventach", związanych z działaniami edukacyjnymi i artystycznymi. Jak to interpretować? Czy kobiety są bardziej nastawione prospołecznie? Chętniej udzielają się w inicjatywach społecznych? Może bardziej aktywne są internetowo? Może są bardzie wykształcone? Lub bardziej otwarte na innych i na nowe doświadczenia? O ile przewaga kobiet w grupie do 24 roku życia jest niewielka i mieszcząca się w granicach błędu statystycznego, to w grupach 35-64 ich udział jest ewidentnie większy. Gdzie są i co robią w tym czasie mężczyźni?


Ten wykres jest dla mnie trochę zaskakujący. Plener był inicjatywą ludzi z Olsztyna (Artystyczna Rezerwa Twórcza). Niemniej zniknęliśmy w "tumie" ludzi z Ornety, okolic i... turystów z daleka. Nie spodziewałem się tak znacznego odzewu osób z Ornety (lub pochodzących z Ornety). Ogromnie mnie to cieszy. I pokazuje sens tych małych, kameralnych niemalże spotkań.
Z kolei ten wykres pokazuje największa aktywność: po pierwsze w momencie utworzenia "eventu" na Facebooku i rozesłaniu zaproszeń, po drugie w dniu pleneru. To uwaga dla organizatorów. Zadaniem facebookowego wydarzenie jest nie tylko "być utworzonym" ale ciągle "karmionym" kolejnymi informacjami, zdjęciami, linkami. Przygotowanie i oddziaływanie rozpoczęło się dwa miesiące przez samym plenerem (pomijając wewnętrzne przygotowania i organizację, bo sam pomysł narodził się rok wcześniej).
Powyższy wykres pokazuje zasięg (tylko na Facebooku) kamykowego pleneru. Na około 5,9 tys. odbiorców (489 wyświetleń strony) w samym dniu pleneru było ich 1770. Szczerze mówiąc nie spodziewałem się tak dużego odbioru. Nawet nie przypuszczałem, że taki jest duży. Czasem warto zajrzeć do statystyk. A sztuczna inteligencja bardzo nam to ułatwia.

Na dwa sposoby można spojrzeć na sens takich plenerów: 1. przez zamieszczone na górze zdjęcie 2. przez pryzmat statystyk. Emocji uchwyconych na zdjęciu nie uchwyci chyba żadna statystyka. Ale z drugiej strony sam obraz może być bardzo nieprecyzyjny i nie ukazywać skali.

Bardzo bym chciał "zobaczyć" efekty plenerowej wystawy kamieni. Orneta daleko, nie mam możliwości usiąść na ławeczce i przez wiele godzin obserwować. Ale może ktoś z miejscowych lub odwiedzających napisze w komentarzach, co z tej wystawy i z tego pleneru wynika? Nie wszystko da się policzyć, zważyć i zmierzyć.... I nie wszystko da się opowiedzieć. Niemniej próbujmy. Niech poplenerowa dyskusja trwa.

wtorek, 2 lipca 2019

Historia szepczącego kamienia


Historia o szepczącym kamieniu narodziła się W Szuwarach. To tam postawiono pytanie skąd wzięły się na Warmii tajemnicze kamienie, które potrafią mówić? Szepczą ochrypłym głosem o miłości, przeszłości i tym co się dopiero wydarzy... (czytaj całą historię kamienia W Szuwarach).

Szeptać, gadać, opowiadać - jednym słowem przedstawiać historie. Warto przypomnieć naszą wersję o malowanych, szepczących kamieniach.

Mój dziadek opowiadał mi taką oto historię. Szepczące kamienie rodzi ziemia, zwłaszcza ta jałowa, co na niej mało rośnie. Rodzą się nieme i cicho leżą. W trawie, albo między zbożem, albo w redlinach kartofli. I leżą sobie tak dziesiątki lat. Leżą, patrzą i słuchają. Niektóre z nich wiele już w życiu widziały i wiele historii słyszały. To człowiek je zaklina, czasem łzami, czasem złym słowem. Czasem ktoś podnosi z ziemi taki kamień i ... rzuca. By wronę przegonić lub lub człowieka pogonić, skrzywdzić, może i niewiernego małżonka, albo pijaczynę. Ale kamienie cały czas milczą. Dopiero gdy ktoś, czy to panna, czy kawaler, czy to singiel czy babcia lub dziadek, czy to pastuch lub turysta, weźmie w dłoń i ... albo położy na stole, na stercie papierów, albo gdzieś rzuci pod płot. Wtedy uczą się mówić.

Te odważniejsze nazywane bywają gadającymi kamieniami. Żeby gadać, muszą poczuć ciepło dłoni. I muszą być pomalowane. Bo w czasie malowania ludzie rozmawiają, najczęściej życzliwie. To odczarowuje złe zaklęcie jałowej ziemi i ponurych myśli. Bo tak jak panna, gdt na wizytę idzie, czy ona sie nie umaluje? To i kamień chce być pomalowany. A jak ktoś Go pomaluje, lub inaczej ozdobi, wtedy czar pryska i kamień może przemówić. Opowie wtedy historie, które widział i które słyszał.

A te, co są nieśmiałe, to szepczą... Bo boją się głośniej mówić. Po prostu nie wierzą, że ktoś chce ich słuchać... One potrzebują jeszcze więcej troski. I kiedyś przemówią głośniej.

Nasłucha się taki kamień żalów panienki, albo kawalera. I wtedy znika. Idzie opowiedzieć innej osobie o pannie, lub o kawalerze. A jak opowie tę historię, to poruszy serce i kawaler zapuka do drzwi czekającej panny. Albo rozwódki.

Tak, kamienie szepczące rodzą się w ziemi. Zwłaszcza tej biednej. I nie potrafią na początku mówić. Przemawiają dopiero wtedy, gdy ktoś je pomaluje. Najczęściej opowiadają historie o przyrodzie. Bo przecież długo leżą w szuwarach, to się napatrzą i na biedronki, i na modraszki i na stokrotki. Opowiadają o grzybach, chwastach i owadach ale tak, jakby o ludziach opowiadały. Poszukaj takiego kamienia, otrzyj z kurzu, pomaluj i posłuchaj jego historii. Każdy kamień ma inną.

Stanisław Czachorowski

środa, 2 maja 2018

Ożywianie podwórka czyli majówkowe kamishibai i malowanie kamieni


Był sobie skwer zapomniany, zaniedbany  na Starej Warszawskiej. I przyszli ludzie, nawieźli ziemi, posadzili kwiatki. A przy tym malowali kamienie. A ja na dodatek opowiedziałem bajkę kamishibai o motylu cytrynku latolistku. A działo się to 1.go maja 2017 roku. Mógł tu powstać park kieszonkowy. Niedawno postawiono płot i będzie budowa. Pozostały wspomnienia i kilka miesięcy radości z zielonego kawałka miasta. Gdzie ludzie się spotkali, na trawie siedzieli i o szczęśliwym mieście rozmawiali.













wtorek, 27 lutego 2018

Recycling street art in the public space of a town

Stanisław Czachorowski (assistance professor at UWM, Department of Ecology and Environmental Protection, Faculty of Biology and Biotechnology) – ecologist, hydrobiologist, entomologist, the area of his professional interest includes aquatic insects, in particular caddisflies and dragonflies in inland waters in Central Europe, monitoring of waters, landscape ecology, anthropogenic transformations of the environment and eco-development (sustainable development).

“Recycling street art” denotes reclaiming the city space for local communities and “reclaiming” apparently useless things; it is also an element of social animation, performed in the public space, cyclic meetings in the form of happening and painting on recycled materials (old roof tiles, pottery, tiled stoves, stone, glass bottles and jars). There are no useless things. Or people. There is only excessive and superficial consumption of disposable things. By painting, we bring back long, meaningful life of dignity. To things and people. There are a lot of such useless bottles (and people, surely), rejected and thrown away – behind a fence, behind a border – out of our minds. To separate ourselves from that “dumpsite” with a high wall and barbed wire? And why don’t we, together, having pondered for a while, give up the wasteful culture of disposability and stop devastating the Earth’s resources and the beauty of the natural and cultural landscape? Why don’t we stop throwing things out and replace disposability with a long life cycle... of packaging? Beauty and durability versus tackiness and disposability. Let our lives be long and meaningful. And let others – things and people – live. You will notice neither beauty nor sense when you’re in a hurry all the time.


Street-art happenings make use of useless and unwanted things, sometimes regarded as waste: old roof tiles, glass bottles and jars (spent packaging), field rocks or defective ceramic products (house renovation waste). Joint painting in the public space (parks, squares, libraries, schools, universities, etc.), during scientific conferences, festivals of philosophy, science picnics and “luncheon on the grass” meetings produces small items, subsequently placed in the public space in street exhibitions or as items of street furniture. Used for field games (using QR codes and mobile Internet access) and educational tales of history, nature and landscape transformations. Educational purpose: history of places, history told with things (rocks, roof tiles, jars and bottles), sustainable development, importance of greenery in the city, local biodiversity and wild nature in the city, effects of growing consumption and large amounts of waste on nature, recycling, reusing, upcycling and environment- and landscape-friendly lifestyle, city greenery and the public meeting space, human ecology.

Social objective: integration, way of establishing contacts in the anonymous city, cross-border intercultural dialogue, inter-generation and inter-disciplinary dialogue. Objective related to landscape architecture: minor forms that affect the aesthetics of the cultural landscape, also as an element of thematic walking and recreational routes. Joint painting of bottles, rocks or roof tiles facilitates conversation, like working in the field, stripping feathers or shelling beans in the past. But that village world is no longer here – now we live in the city and we are conceiving life together anew... without borders. This could be street art using trash which is dumped in the forest, in the lake or river and which is then seen as blots on the landscape.

Everyone needs at least some philosophy, knowledge and art. Because everyone needs sense and beauty. Everyone is a creator, even when making a cake or cleaning the house. And at least they want to be creators. We choose simple forms and cheap material, which can be found everywhere. You can talk during the joint painting, but you don’t have to. You don’t have to kill the silence with words. You can stay silent. There are too many words. There is hardly anyone listening. And some words are so sophisticated that even the speaker doesn’t understand them... So silence is a relief. And joint creation of art in the public space is a socially new form of creating a new local community, leaving a trace in the urban landscape.

Joint painting is also a form of disseminating knowledge (e.g. of biology) and permanent and informal education. Knowledge is a common wealth and asset, which is a condition of civilisation development and which should be accessible to everyone. In the same way as the air and water or a beautiful landscape. Access to knowledge cannot therefore be closed and restricted. The same applies to art. Science and art are fascinated by the world, each in its own way and in a different form. The most effective way of absorbing knowledge and art is... by one’s own participation and activity. So let’s paint together, let’s talk (for example, in the library, in the city square, during a scientific conference). Let’s also talk about recycling, consumption and waste that we leave in the landscape, about the local biodiversity (and not on that which we see on TV).

People paint to make the world more beautiful – even though the beauty may be fleeting. We meet people while painting and use this simple activity to bring back sense and meaning to – apparently useless – things. Messages are not communicated only by words. Joint painting is the “slow science” in the country. One of the problems suffered by science – apart from excess waste, that is, empty packages – is an excess of empty work, that is, endeavouring to meet targets, to score points. Sometimes, members of scientific (academic) communities propose to reduce the number of publications – to make them fewer but better (it is not the number, but the quality and profundity of what is published that counts – no one will read excessive content).

I have been painting bottles and jars for a long time. I draw inspiration from the natural beauty of the landscapes of Warmia and Mazury (and in the background: recycling and reusing, meeting people in the new reality and city space, and cittaslow in small towns). I also paint field rocks and old roof tiles. For some people, “the country” or “the backyard” is associated with backwardness and stigmatisation. But for me, it’s a lifestyle associated with local life and the third technological revolution. And you can always find rocks in the backyard. Or bottles. And some jars in an attic and old roof tiles somewhere near the fence.

And I still haven’t had an opportunity to paint a roof tile or a bottle from Malaysia...




sobota, 24 lutego 2018

Recyklingowy street art w przestrzeni publicznej miasta

Recyklingowy street art to odzyskiwanie przestrzeni miejskiej dla potrzeb społeczności lokalnych i „odzyskiwanie” pozornie niepotrzebnych już rzeczy, to także element animacji społecznej, realizowanej w przestrzeni publicznej, cykliczne spotkania w formie happeningu i malowania na surowcach z recyklingu (stare dachówki, ceramika, kafle piecowe, kamienie, szklane butelki i słoiki). Nie ma rzeczy niepotrzebnych. I ludzi. Jest tylko nadmierna i powierzchowna konsumpcja rzeczy jednorazowych. Poprzez malowanie przywracamy długie i godne życie pełne sensu. Rzeczom i ludziom.

We współczesnym krajobrazie zurbanizowanym dużo jest tych niechcianych butelek (zapewne i ludzi), wyrzuconych, za płot, za miedzę, za granicę, byle dalej z oczu. Odgrodzić się od tego „śmietnika” wysokim murem i kolczastym drutem?

Może jednak razem, po wspólnej refleksji, odejdziemy od rozrzutnej kultury jednorazowości i przestaniemy dewastować zasoby Ziemi oraz estetykę krajobrazu przyrodniczego i kulturowego? Może przestaniemy po prostu wyrzucać, a jednorazowość zastąpi długi cykl życiowy… opakowania. Piękno i trwałość przeciw tandecie i jednorazowości. Żyj długo i z sensem. I pozwól żyć innym. Rzeczom i ludziom. W pośpiechu nie dostrzeżesz ani piękna ani sensu.


Surowcem w streetartywych happeningach są rzeczy zbędne i niepotrzebna, czasem traktowane jako śmieci: stare dachówki, szklane butelki i słoiki (zbędne już opakowania), polne kamienie czy wybrakowana ceramika (odpady po remontach domów). Poprzez wspólne malowanie w przestrzeni publicznej (parki, skwery, biblioteki , szkoły, uniwersytety itd.), w czasie konferencji naukowych, festiwalów filozofii, pikników naukowych i spotkań typu „śniadanie na trawniku”, powstają drobne elementy (detale), umieszczane później w przestrzeni publicznej lub jako uliczne wystawy oraz elementy małej architektury. Wykorzystywane są do gier terenowych (z wykorzystaniem QR Kodów i mobilnego internetu) i edukacyjnych opowieści o historii, przyrodzie i przekształceniach krajobrazu.

Cel edukacyjny: historia miejsca, historia opowiadana za pośrednictwem rzeczy (kamienie, dachówki, słoiki i butelki) rozwój zrównoważony, znaczenie terenów zielonych w mieście, lokalna bioróżnorodność i dzika przyroda w mieście, przyrodnicze skutki rosnącej konsumpcji i dużej liczby odpadów, recykling, reusing, upcykling i styl życia, przyjazny dla środowiska i krajobrazu, tereny zielone w mieście jako przestrzeń publiczna do spotkań, ekologia człowieka.

Cel społeczny: integracja, sposób na nawiązywanie kontaktów w anonimowym mieście, dialog międzykulturowy ponad granicami, dialog międzypokoleniowy i interdyscyplinarny.

Cel dotyczący architektury krajobrazu: małe formy wpływające na estetykę krajobrazu kulturowego, także jako element tematycznych ścieżek spacerowych i rekreacyjnych.

Wspólne malowanie butelek, kamieni czy dachówek ułatwia rozmowę, tak jak kiedyś wspólna praca w polu, przy darciu pierza czy łuskaniu fasoli. Ale ten wiejski świat już nie istnienie – żyjemy w mieście i na nowo wymyślamy wspólne bycie ze sobą … bez granic. Może być nim street art z wykorzystaniem śmieci , które wyrzucane są także do lasu, rzeki, jeziora i estetycznie szpecą krajobraz. Każdy człowiek potrzebuje choć odrobiny filozofii, wiedzy i odrobiny sztuki. Bo potrzebuje sensu i piękna. Każdy człowiek jest twórcą, nawet lepiąc pierogi czy sprzątając mieszkanie. A przynajmniej chce być twórcą. Wybieramy proste formy i tani materiał, który znaleźć można wszędzie. Przy wspólnym malowaniu mówić można ale nie trzeba. Ciszy nie trzeba zabijać słowem. Można milczeć. Słów jest zbyt dużo. Mało kto ich słucha. A niektóre są takie mądre, że nawet mówiący ich nie rozumie... Milczenie jest więc ulgą. A współtworzenie sztuki w przestrzeni publicznej jest nową społecznie formą tworzenia lokalnej wspólnoty, pozostawiającej ślad w krajobrazie zurbanizowanym.

Spotkania przy malowaniu to także forma upowszechniania wiedzy (np. biologicznej, o ekologii, o owadach i innych zwierzętach, grzybach czy roślinach o ekosystemach) i kształcenia ustawicznego i pozafromalnego. Wiedza jest bogactwem i dobrem ogólnym, które jest warunkiem rozwoju cywilizacji i do którego prawo ma każdy. Tak jak do wody i powietrza czy pięknego krajobrazu. Nie można więc zamykać i ograniczać dostępu do wiedzy. Podobnie jest ze sztuką. Nauka i sztuka zachwyca się światem, każda na swój sposób i w odmiennej formie. Najefektywniej poznawać wiedzę i sztukę... przez własne uczestnictwo i aktywność.

Malujmy więc razem, rozmawiajmy o przyrodzie (np. w bibliotece, miejskim trawniku, w czasie konferencji naukowej). Podyskutujmy także o recyklingu, konsumpcji i śmieciach, które pozostawiamy w krajobrazie, o lokalnej różnorodności biologicznej (a nie tej znanej z telewizji). Motywem malowania jest chęć czynienia świata piękniejszym, nawet jeśli to piękno jest ulotne. Przy malowaniu spotykamy się z ludźmi, by w prostej czynności przywracać sens i znaczenie rzeczom pozornie bezwartościowym. Nie tylko słowem przekazujemy treści. Wspólne malowanie jest slow science na prowincji. Oprócz nadmiaru śmieci, czyli pustych już opakowań, cierpimy w nauce na nadmiar zbędnej i pustej treści – wyrabianie normy i punktów. Czasem w środowisku naukowym (akademickim) pojawiają się propozycje, by ograniczyć liczbę publikacji: mniej a lepiej (nie ilość a jakość i dogłębność publikowanych treści – nadmiaru i tak nikt nie przeczyta).

Butelki i słoiki maluję od dawna. Inspiracją jest rodzima przyroda z warmińskiego i mazurskiego krajobrazu (a w tle recykling i reusing oraz spotkania międzyludzkie w nowej rzeczywistości i przestrzeni miejskiej, w miasteczkach cittaslow). Maluję także polne kamienie i stare dachówki, czasem lustra, płytki glazurowe, okruchy ceramiki znalezionej na drodze (resztki wysypywanego gruzu). Dla niektórych ludzi słowo prowincja czy podwórko kojarzy się ze stygmatyzowaniem i ośmieszaniem. Jest czymś wstydliwym. Dla mnie to styl życia, związanego z lokalnością i z trzecią rewolucją technologiczną. A na podwórku zawsze znajdą się kamienie. Albo butelki, na strychu słoiki a pod płotem stare dachówki.

Malowałem już dachówki z Warmii i Mazur, ze Śląska z zamku Książ. Jedną z Włoch, z Umbrii – pozostałość po nie istniejącym już budynku klasztornym. Przywiozłem dwie dachówki z Francji, z Parku de Brenne. Niebawem je pomaluję. Nie miałem okazji jeszcze pomalować malezyjskiej dachówki czy butelki… Może i taka możliwość się pojawi.

Motywem mojego malowania jest chęć czynienia świata piękniejszym, nawet jeśli to piękno jest ulotne. Podstawowym surowcem są odpady cywilizacji nadmiernej i szybkiej konsumpcji – szklane butelki i słoiki (zbędne i zawadzające w przyrodzie opakowania). Zebranym "śmieciom" nadaję nową wartość. Jest to filozoficzny podtekst nadawania rzeczom zbędnym także i ludziom wykluczonym, spisanym na straty, zapomnianym, nowej ważności i wartości. Recykling rzeczy i znaczeń to promocja postaw przyjaznych środowisku i ludziom. Malowanie butelek ma służyć ulepszaniu świata. Jest jak chasydzka przypowieść, by za pomocą drobiazgu, jaką jest przywrócona do życia butelka czy słoik, opowiedzieć o rzeczach ważnych i większych - za pomocą części pokazać całość. I przy malowaniu w plenerze lub pod dachem opowiadam różne przyrodnicze historie. I słucham lokalnych opowieści.

Lubię malować z ludźmi w przestrzeni publicznej, by ją wspólnie odzyskiwać ją dla społecznego życia. Wyjaśnianie złożonej rzeczywistości wymaga wytrwałości. Malowanie na szkle także. Ludzie dzielą się wiedzą (ale i sztuką, miłością) nie tylko ze względu na korzyści finansowe, lecz coraz częściej po to, żeby uczynić świat miejscem lepszym do życia. Swoisty trend dzielenia się (ang. sharing economy/collaborative consumption – ekonomia dzielenia się) obserwowany jest zarówno w sieci (zwłaszcza w mediach społecznościowych czy dziennikarstwie obywatelskim), jak i w świecie realnym (np. bookcrossing). Dzielenie się jest również podstawowym elementem nauki: jej postęp i rozwój ściśle związany jest z wymianą informacji, spostrzeżeń, wyników badań.

Rozdaję swoje butelki ludziom i instytucjom by przeciwdziałać wykluczeniu i rozmyślać nad nowym urządzeniem cywilizacji, nową odpowiedzią jak żyć. Na co dzień. Pomalowane butelki, słoiki i dachówki powędrowały już do wielu miejsc w Polsce, ale także do Francji, Niemiec, Japonii, na Białoruś i Ukrainę, do Rosji, USA i Nowej Zelandii. Sztuka jest polem działania dla intuicji. Nauka jest polem działania racjonalności. Malujący naukowiec to negocjacje tych dwóch światów. W wymiarze osobistym malowanie jest dla mnie relaksem i wyjściem z wąskich ram życia zawodowego. Nauka ze sztuką mocno się łącza. Obie poszukują piękna.

Stanisław Czachorowski




czwartek, 17 września 2015

Z innowacyjnością nie spocząłem na laurach


Projekt dachówkowy dawno się zakończył. Ale ja nie spocząłem na laurach. Ciągle wymyślam coś nowego. Zapraszam do współpracy.

Stanisław Czachorowski
http://czachorowski1963.blogspot.com/

piątek, 20 marca 2015

Dachówki ze statuetką za innowację



W Starej Kotłowni, w dniu 19 marca 2015, w trakcie seminarium "Najlepsze przykłady innowacyjnych rozwiązań B+R w formach" innowacyjne Gadające dachówki zostały nagrodzone statuetką anioła innowacyjności.

więcej relacji telewizyjnych:



(Gazeta Olsztyńska, 20 marca 2015 r.)

niedziela, 1 marca 2015

Innowacja i zakończenie stażu

(Dachówki z certyfikatem, fot. S. Czachorowski)

No i zakończył się mój półroczny staż w małym przedsiębiorstwie. Jednym z efektów tego stażu jest innowacja, przekazana przedsiębiorstwu. Innowacją jest usługa turystyczna „Opowieści warmińskiej dachówki – bliski kontakt z kultura i naturą”. Zdobyte doświadczanie zaowocuje jeszcze w innym miejscu. Zarówno w kontekście zajęć dydaktycznych dla studentów UWM (żeby przygotowywać ich do realnych miejsc pracy) jak i we współpracy z gospodarką. Mam większe doświadczanie i sporo inspiracji. Myślę, że teraz łatwiej będzie się współpracowało nauce i gospodarce.

St. Czachorowski

(Innowacja nagrodzona statuetką Złotego Człowieka, styczeń 2015 r., fot. Z. Wojciechowska)


Krótka informacja o innowacyjnej usłudze

Imię i nazwisko odbywającego stażdr hab. Stanisław Czachorowski, prof. UWM, Katedra Ekologii i Ochrony Środowiska, Wydział Biologii i Biotechnologii
(staż odbywał się w okresie 1. wrzesień 2014 - 28. luty 2015).

Przedsiębiorstwo przyjmujące na staż: Instytut Hortiterapii „Zielony Promień” Zofia Wojciechowska

Nazwa /tytuł zaproponowanego rozwiązania innowacyjnego: Usługa turystyczna „Opowieści warmińskiej dachówki – bliski kontakt z kulturą i naturą

Krótki opis rozwiązania innowacyjnego:
Usługa polega na rozwinięciu idei mobilnych ogrodów oraz połączenie etnobotaniki i przyrody z arteterapią i warsztatami rękodzieła artystycznego. Innowacyjne rozwiązanie polega na łączeniu dziedzictwa kulturowego i przyrodniczego regionu z nowoczesną technologią (kody QR i mobilny internet). Proponowane rozwiązanie umożliwia elastyczne modyfikowanie i dostosowanie do możliwości i potrzeb klienta (indywidualnego lub grupy odbiorców).

Warsztaty rękodzieła i etnobotaniki odbywają się w luksusowych pensjonatach i hotelach Warmii (w przypadku realizacji na Mazurach czy Powiślu modyfikowany jest tytuł) oraz gospodarstwach agroturystycznych. Jako atrakcja turystyczna wykorzystywana jest lokalna kultura, folkloryzm oraz przyroda w połączeniu z nowoczesnymi technologiami (mobilny internet, smartfony, tablety itd.). Klient ma poczucie uczestnictwa w czymś niepowtarzalnym i wyjątkowym, realizowanym każdej porze roku.

Podstawowym surowcem malarskim są stare dachówki. Z jednej strony umożliwia to tanie pozyskanie surowca a z drugiej znakomicie wpisuje się w klimat dziedzictwa regionalnego i lokalnej historii. Zawiera elementu questingu. Usługa, realizowana przez małe przedsiębiorstwo, adresowana jest do hoteli, pensjonatów, gospodarstw agroturystycznych, ogrodów pokazowych, jednostek samorządu lokalnego itd. Obiekt zyskuje promocję w mediach (reklama o dużej wartości) oraz dodatkową, unikalną całoroczną usługę, uatrakcyjniającą sprzedaż tradycyjnej oferty turystycznej tj. noclegów, SPA i wyżywienia (turyści poszukują coraz więcej uzupełniających atrakcji o unikatowym charakterze. Promocja odbywa się z wykorzystaniem blogów, portali turystycznych a także portali społecznościowych oraz współpracy z mediami polonijnymi. Indywidualny turysta otrzymuje unikalną, elitarną i wyjątkową usługę z uczestnictwem w warsztatach artystycznych, etnobotanicznych i kulturalnych.

(Skan protokołu przekazania praw majątkowych do innowacji, zgodnie z umową stażu.
Przejrzysta jest sytuacja praw majątkowych jak i osobistych
- te ostatnie są niezbywalne, ale to jest oczywiste
dla tych co znają prawo autorskie.)