poniedziałek, 3 listopada 2014

Paweł Suchecki - architekt stolarz-amator

Właściwie można powiedzieć, że to, czym się teraz zajmuję, robię od dziecka: już w przedszkolu lubiłem zajęcia z malarstwa, a w okresie uczęszczania do szkoły podstawowej chodziłem na zajęcia z malarstwa do Młodzieżowego Domu Kultury na warszawskim Muranowie, które prowadziła niezastąpiona Pani Lola, czyli Eleonora Pośrednik, nieżyjąca już dziś nauczycielka i autorytet wielu pokoleń młodych, uzdolnionych dzieciaków. To wtedy zacząłem rozwijać umiejętności plastyczne.

Pamiętam też, jak w tamtym okresie spędzałem wakacje u rodziny na wsi niedaleko Grudziądza, w poniemieckim domu, podobnym trochę do tych mazurskich, bo wywodzącym się z tej samej tradycji budowlanej. Pamiętam lekki niepokój, kiedy wchodziłem na strych pogrążony w półmroku, gdzie stały w bezładzie stare, zakurzone sprzęty domowe, i na którym można było zobaczyć od podszewki drewnianą konstrukcję dachu pokrytego omszałą gdzieniegdzie dachówką esówką. Próbowałem czasami uzupełniać ubytki w spoinach między cegłami gliną. To były moje pierwsze „warsztaty budowlane”.

Potem była szkoła średnia – Technikum Architektoniczno-Budowlane, studia na wydziale Architektury Politechniki Warszawskiej, zdobywanie doświadczenia w zawodzie architekta w warszawskich pracowniach i w końcu samodzielna praca – dziś wiem, że wybór tej drogi był konsekwencją doświadczeń takich, jak opisane powyżej.

W międzyczasie były wyjazdy na obozy harcerskie i na działkę na Mazury (pierwszy obóz, ponad dwadzieścia lat temu, był w miejscu oddalonym o kilkanaście kilometrów od mojego obecnego domu). I zachwyt tutejszymi krajobrazami, spójną architekturą, niezniszczoną kolejnymi wątpliwymi modernizacjami.

Teraz, już od kilku lat, mieszkam tu na stałe. Kiedy poznałem moją obecną żonę Agnieszkę, która na Mazurach mieszkała już od długiego czasu i wszystko wskazywało na to, że będziemy razem, nie zastanawiałem się długo, czy przeprowadzić się tu z zatłoczonej Warszawy.

Dziś wspólnie pracujemy dając starym sprzętom nowe życie i projektując przestrzeń tak, aby dostosować ją do współczesnych potrzeb, ale nie pozbawiać jej wyjątkowego klimatu. Staramy się, żeby mazurski genius locci współgrał ze zmieniającą się rzeczywistością. Projektując i wykonując meble od nowa staramy się, aby uzupełniały dawne wnętrza, ale też wnosiły do nich nową jakość, ślad teraźniejszości w postaci oryginalnych ozdób, czy zaskakujących proporcji. Doświadczenie zdobywaliśmy na własnej skórze, własnoręcznie adaptując starą, przedwojenną oborę na dom. Wiele dachówek przewinęło się w trakcie tych prac przez moje ręce. Z tym większą ochotą spróbuję po raz kolejny dać im nowe życie.

Paweł Suchecki



Agnieszka Suchecka - sztuka naiwna rodzącą się z potrzeby duszy

Urodziłam się i wychowałam w podwarszawskich Łomiankach, które za czasów mojego dzieciństwa były wsią z pasącymi się krowami, piejącymi kogutami i z panem rozwożącym konnym wozem węgiel. Nim się stałam panienką, wieś przemieniła się w miasto. Miałam szczęście mieszkać w domu jednorodzinnym z dużym sadem i ogrodem warzywnym. Rosłam ja i rosło wokół miasto.

Od najmłodszych lat uwielbiałam majsterkować i malować i codziennie wychodziłam na spacer przynosząc ze sobą bukiet polnych kwiatów znad Wisły. Po ukończeniu liceum menadżersko-artystycznego w Warszawie, rozpoczęłam studia etnograficzne na wydziale historycznym UW. Poznałam tam wybitnego znawcę i kolekcjonera sztuki ludowej Andrzeja Jackowskiego, który wykładał sztukę ludową. Gdy dowiedziałam się od koleżanki z roku, że jest w Polsce szkoła rzemiosła artystyczno-ludowego we Wzdowie, bez wahania spakowałam się i pojechałam tam, by tworzyć sztukę zwaną naiwną rodzącą się z potrzeby duszy, nie poddającej się krytycznemu oku.

Zachwycająca szkoła mieściła się w tamtych latach w pałacu wybudowanym przez wielkiego wynalazcę i wizjonera Adama Ostoję-Ostaszewskiego, który to według doniesień słuchaczy ze starszych roczników, nadal usiłuje wtrącić do życia swoje 3 grosze a to psując światło, a to zawodząc w kuchni, bądź tupiąc na korytarzach.

Po wspaniałym czasie spędzonym w szkole, z której o krok było w Bieszczady, ciężko było mi się na powrót zaklimatyzować w mieście. Właściwie nigdy nie myślałam bym mogła pomieścić się ze wszystkimi moimi pasjami w mieście. Do tworzenia tego wszystkiego na co przychodzi mi ochota jest potrzebna przestrzeń. Zwłaszcza, że czasem o północy potrafię łapać za wyrzynarkę czy wiertarkę a to nie są ciche narzędzia.

Osiadłam więc na kupionym przez rodziców starym siedlisku na Mazurach. Moja mama nie wierzyła, że wytrwam na takim odludziu, a jednak żyję tu już kilkanaście lat. W międzyczasie zaprojektowałam Mazurskie Siedlisko Kruklin i wykonałam do niego meble i elementy wystroju wnętrz. Wyszłam za mąż za architekta z Warszawy. Zakochanego we wsi, budownictwie, tworzeniu, stolarstwie i oczywiście we mnie. Razem spełniamy nasze marzenia. Przebudowaliśmy oborę na dom, stworzyliśmy pracownię "Twórcze Pole", robimy to co lubimy, czyli tworzymy i nie ograniczamy się do tylko jednej dziedziny sztuki. Wkrótce mamy nadzieję wyremontować starą chatę na naszym siedlisku i udostępnić ja dla gości i organizować dla nich warsztaty z ceramiki, malarstwa czy nadawaniu meblom drugiego życia.

Agnieszka Suchecka (Retko)
http://tworczepole.blogspot.com/




niedziela, 2 listopada 2014

Mrągowskie dachówki i list z przeszłości

Pac pac ... spadają listy na podłogę. Wypełnione kartkami papieru, ciężkie od treści. Wyraźnie było je słychać, gdy wsuwając się z specjalnego otworu w drzwiach z podnoszoną klapką sypały się na drewnianą podłogę w korytarzu. Stare dobre czasy, gdy ludzie pisali i wysyłali do siebie życzenia. Przychodziły wieści ze świata. Na owej klapce znajdował się wtedy bardzo dla mnie, małej dziewczynki tajemniczy znak - pamiętam wygrawerowany napis - Briefe. Byłam w tamtym czasie jednym z ciekawskich dzieciaków z kresowej rodziny spod Wilna. W domu, odkąd pamiętam pełno było opowieści o życiu na granicy dwóch światów.

Mrągowo na Mazurach, to zupełnie inna kraina. Dom tak zwany poniemiecki został moim domem i jest rodzinnym do dziś. Jako dziecko zakradałam się w pobliże masywnych drzwi prowadzących do korytarza, czekając na listonosza aż przyniesie pocztę uchylałam je delikatnie, by w smudze światła czekać na dziecięcy cud - list. Czasem przychodziły z Anglii, a czasem za wschodniej granicy - równie tajemniczego świata - rodzicielskiej szczęśliwości. Przed II Wojną Światową kiedyś mieszkali tam moi rodzice. Tam urodził się mój dużo starszy brat Jan. Wtedy, ciemny korytarz budził dziecięcy strach, ale w kuchni zawsze igrało wesoło słońce.

Strona południowa domu z dwoma oknami wychodzącymi na na czerwony dach. Mazurski i taki znajomy, kryty zapewne przez Mazura - Niemca, dekarza. Ponad sto lat temu glinianą dachówką zawsze nastrajał mnie optymistycznie. Siadały na szczycie gawrony, łapkami wsparte na gąsiorach, skrzeczały bez względu na pogodę. Czasem też przylatywały gromadnie kawki i wtedy dopiero działała wyobraźnia. Kto tu kiedyś mieszkał ? Często o tym myślałam.

Mazury mają swój specyficzny charakter wynikający ze złożonej przeszłości. Można się dziś zastanawiać jak żyło się w domu z pruskim murem i czerwonym dachem. Rodzice mieli swoje wspomnienia o kresowej wsi z chatą i strzechą. Na podwórzu, tuż przy moim rodzinnym domu stoi do dziś wspomniany budynek z czerwonymi dachówkami. Obecnie jest tylko zwykłą komórką, ale dach pozostał taki sam piękny i budzi niezmiennie mój zachwyt. Maestria ułożenia. Sztuka tworzenia falującego dachu zachwycała mnie od zawsze. Glina po wyschnięciu przecież jest twarda, a jednak przez formę dachówkowego wynalazku nadal niezmiernie elastyczna. Dachówki, nie poddając się wichurze, bronią dostępu do środka komórki mrozom i śniegom.

Siadałam przy oknie, wsparta na dłoniach, jako mała dziewczynka, dyndając nogami na taborecie, siadałam przy drewnianym parapecie i patrzyłam na dachówki. Czasem je sobie liczyłam czekałam na spadający list. W drzwiach z oznakowaną klapką na listy były różne dziwne urządzenia, na przykład zmyślne zamki i uchwyty na ozdobne firaneczki, szklane ornamenty w otworze po środku drzwi, był też najprawdziwsza wtedy dla mnie zdobycz techniki - dzwonek z mechanizmem uruchamiającym dźwiękowy sygnał nadchodzącego gościa. Wszystko w tym domu było jednak jakieś inne, niby nasze, a jednak tak nie do końca... Przecież gdzieś tam została rodowa gospodarka obojga rodziców. Wszystko poza granicą, poza moją pamięcią ale przecież stale obecne w życiu rodziny. Strach przed niepewnym bytem na ziemi zwanej odzyskaną i żal za utraconą - zabrana wręcz brutalnie - tkwił w sercu rodziców, szczególnie Ojca. Tęsknota niewytłumaczalna i nie do przeżycia za pozostawionym krajobrazem, miejscem i wszystkim co było najlepsze w życiu. Dziś myślę, że tym ludziom po obu stronach granicy na Kresach i Mazurach wyrządzono wielką krzywdę. Wyrwano im korzenie, przycinając brutalnie marzenia o ich Polsce. Przybywając na Mazury - musieli zostawić swój dom by w sposób dramatyczny zająć miejsce tych wygnanych, chociaż przecież oni też byli tacy sami - wygnańcy. Tak długo jechali ze wschodu. Przesiedleńcy ? wysiedleńcy ? Repatriacja wielu rodzin ze wschodnich rubieży dawnej Rzeczypospolitej - to aż dwie fale uciekających przez sowietami Polaków.Trafili do innej Polski niż zakładali na początku podróży. Przyjechali do dalekiej od ich wyobrażeń Ojczyzny. Cieszyli się mimo tego, że udało się wyjechać zostawiając za sobą jarzmo zsyłki i roboty przymusowej w sowchozach. Tylko pytanie, gdzie tak naprawdę trafili ?

Po wyrwaniu drzewa z korzeniami pozostaje wyrwa, bolesna i krzycząca bólem dziura... To tak jak na moim dachu z dzieciństwa, gdy zrobi się dziura ktoś musi załatać wyrwę, przykryć na nowo dom złożonym z przeróżnych dachówek, więc ktoś sobie wymyślił - że to jest możliwe. Ale tak naprawdę potrzeba czasu by dachówki umocowały się i dopasowując się uleżały. Potrzebne też zdolne ręce i dobre spoiwo. Ważna jest silna konstrukcja przenosząca huragany, wytrwałość pracy dekarza, by drobne elementy sprężynującej glinianej konstrukcji się nie rozpadły pod naporem wiatru. Czasem gdy już jako dorosła osoba patrzę na czerwony dach komórki, tuż przy moim rodzinnym domu myślę, że przetrwał on ponad 100 lat i wtedy wracam do listów. Błogiego uczucia radości dzielenia się tajemnicą korespondencji.

W dzień zaduszny dobrze jest napisać list z przeszłości do przyszłości, zatem piszę o moim domu, rodzinie i Ojcu Władysławie Lewon oraz o czerwonym mazurskim dachu - bo jestem stąd i to jest mój dom. Na swojej dachówce przygotuję ozdobę z roślin wyrosłych na tej ziemi, wszak jestem Mazurką z kresowymi korzeniami.

2 listopada 2014 r. Ządźborg ( Mrągowo)
Zofia Wojciechowska

Jolanta Darska – florystka rodem z Podlasia

Urodziłam się na Podlasiu w biednej białoruskiej wsi. Z dzieciństwa pamiętam pobliski zagajnik brzozowy z zawilcami, łąki pełne kaczeńców i niezapominajek, ogródek babci z floksami, smagliczką i jej drożdżowe cynamonowe bułeczki. Piszę o tym, bo właśnie powracam do korzeni, o czym dalej. Na Mazury przyjeżdżaliśmy z mężem i z synami prawie rokrocznie w latach osiemdziesiątych, do Kosewa Górnego, gdzie mój ojciec miał gospodarstwo nad jeziorem Dziadek. Fascynacja Mazurami była wakacyjna. Przemieszczaliśmy się razem z ojcem i tak wakacje spędzaliśmy w Warpunach, Zyndakach, Marcinkowie, Młynowie, ale już bez dzieci, bo wydoroślały, a i miejsca nie były już tak urokliwe, jak Kosewo. Zapomnieliśmy o Mazurach. Poznawaliśmy Bieszczady. Zaczęliśmy jeździć trochę po świecie, zimą na narty, późną jesienią na przedłużenie lata nad ciepłe morza.

Do 2010 r. prowadziłam swoją firmę agencję reklamową w Warszawie. Wyspecjalizowałam się w sztuce obdarowywania, tj. prezenty firmowe i florystyka. Zajmowałam się oprawą kwiatową i dekoratorską eventów firmowych , również ślubów. Były imprezy firmowe, szkolenia, bankiety ... szpilki, garniturki, eleganckie kostiumy, perfumy ...

Uczestniczyłam w wielu wystawach florystycznych (kilkakrotnie w Wilanowie w Warszawie, w Spale, w Opolu), brałam udział w wielu akcjach charytatywnych. Od 5 lat zjeżdżają do nas do Warszawy floryści z całej Polski, warsztat mojego męża zamienia się wówczas w wielką pracownię florystyczną, gdzie rokrocznie powstają bukiety dla gości telewizyjnego finału Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy. Już na Mazurach zorganizowałam plenerową wystawę na I Seminarium Hortiterapii w Mrągowie (zobacz film). Zdobyłam wiele nagród i wyróżnień za działania florystyczne (m. in. wyróżnienie za bukiet unijny, "hitem wystawy" w Oranżerii w Wilanowie 2010 r. okrzyknęła TVP2 naszą aranżację bożonarodzeniową w stylu PRL-u).

Florystyka zeszła obecnie na dalszy plan. W kwietniu 2011 r. kupiliśmy mazurskie siedlisko, w którym zakochaliśmy się z mężem od pierwszego wejrzenia. Dźwigamy je z ruin, pragniemy przywrócić mu dawną świetność. Remontujemy, urządzamy starając się zachować wiejski styl mazurski, wiele prac wykonujemy sami przy sąsiedzkim wsparciu (Agnieszka Retko - malarka, rzeźbiarka , artystka i Paweł Suchecki - architekt; http://tworczepole.blogspot.com/). Robimy to z wielkim zaangażowaniem i pasją. Dajemy nowe życie bądź "new look" starym meblom, przedmiotom, sprzętom oraz różnym drobiazgom. Ludzie ze wsi są nam przychylni, sąsiedzi bliżsi i dalsi wspaniali, życzliwi, pomocni, kreatywni. Okolica pełna wspaniałej dobrej energii. Uprawiamy ekologiczne warzywa, robię przetwory, nalewki, jestem pasjonatką ziół, no i oczywiście co rusz zakładam nową rabatkę kwiatową. W wolnych chwilach układam bukiety, robię przeróżne aranżacje kwiatowe z kwiatów okolicznych łąk, pól, lasów. Nasza trójka synów z rodzinami to stali bywalcy mazurskiego siedliska i wielcy sympatycy mazurskich pejzaży. Tu spowalniają, wędkują, zaszywają się na bagnach z aparatem fotograficznym "polując" na żurawie, czaple czy baraszkujące ważki. Wsłuchują się w odgłosy natury, delektują się ciszą. Wnuki z koleżeństwem kopią piłkę, lepią z gliny, majsterkują, bawią się w podchody, rajdują na czym się da (bo dziadek fanem motoryzacji od oldtimerów po wszelkie ustrojstwa latające), mają absolutną wolność. Jako, że nasze siedlisko na pustkowiu, nikomu nie przeszkadza warkot silników i rozrabianie dzieciarni. Uwielbiają tu przyjeżdżać.

Miejsce jest szczególne, obcowanie z naturą, ptactwem i zwierzyną, ma magiczną moc - tonuje, wycisza, ale i energetycznie ekscytuje, motywuje, nastraja optymistycznie ... Poranna kawa pod stuczterdziestoletnią lipą nastraja na dobry dzień, Kłobuk mieszkający we wnętrzu pobliskiej wierzby (Zosia W. już mnie przekonała, że ON tam naprawdę jest) czuwa dniem i nocą nad Domkiem Ogrodnika i remontowaną starą chatą. Pod rozgwieżdżonym mazurskim niebem myśli są jasne, klarowne, uczucia czyste, gorące. Wieczory radosne, biesiadne, pełne rodzinnych i przyjacielskich pogawędek. Pachnące maciejką. Wiosna pachnie świeżą ziemią, narcyzami i fiołkami, lato papierówką z sadu, złotą renetą i szarlotką, zaś jesień to feeria barw i zapachów - kuchnia wypełnia się aromatem ziół i przetworów na zimę, suszonymi grzybami, drożdżowym ciastem ze świeżą konfiturą, herbatą z miętą i melisą.

Dziękujemy stolicy, wiele nam dała i daje nadal. Dzięki niej mamy nasze mazurskie siedlisko i możemy tu "podziałać". Warszawa pędzi ze wszystkim, tu trudno nadążyć. Ale łapiemy głębszy oddech na Mazurach, tu się regenerujemy, nabieramy sił ... I to nie wylegując się na leżaczku, tylko ciężko harując fizycznie. Ja już tu zostałam. Mąż jeszcze musi pracować, dojeżdża, bo wydatkom wydaje się nie być końca. A apetyt rośnie - trzeba zrobić dach w starej chacie, no to i piętro z pokojami dla dzieciaków, przydałaby się i łazienka, absolutnie koniecznie. Mnożą się marzenia, drugiego życia by nam zabrakło. Szpilki zamieniłam na kalosze, bez żalu. Nasze Mazury - nasze miejsce na ziemi.

Jolanta Darska 

aktualny blog mazurski:
starsze blogi florystyczne

sobota, 1 listopada 2014

Pod dachem w Launau

(fot. Izabela Treutle)
Będąc dzieckiem bywałam pod tym dachem często i chętnie. Jadłam bliny, czerwone porzeczki z cukrem w metalowym kubku, uczyłam się rozpalać w piecu, ale przede wszystkim uczyłam się zrozumienia dla świata i ludzi, pokory i obcowania z naturą. Pod tym dachem poznawałam siebie i prawdy, które teraz stanowią mnie jako człowieka. Dziadkowie odeszli niedawno pozostawiając stary dom, uginającą się pod ciężarem czasu drewnianą stodołę, psa, kota, zarośnięty tatarakiem staw, mnóstwo wspomnień, ale i tajemnic.

(fot. Izabela Treutle)
Wieś Łaniewo (dawniej niem. Launau) pod Lidzbarkiem Warmińskim to niegdyś moja kopalnia wrażeń z dzieciństwa. Skoki na słomie, zbieranie rzęsy na stawie, wyciąganie jajek z kurnika, świeże, ciepłe mleko przecedzane przez białą szmatkę. Beztroskie wiejskie życie i kolorowa oranżada przywożona z miasta i grzana na kaflowym piecu. Dziadek, który każdą potrawę jadł w chlebem, a rankiem budził nas ze snu, żeby zjeść śniadanie, po czym pozwalał nam spać dalej.

Właściwie niewiele opowiadano nam o dawnej ojczyźnie i losach rodziny. Mieszkali tu i teraz, wtedy wydawało mi się to oczywiste. Dopiero z czasem poznawałam zagmatwane losy rodziny. Prababkę, która rodziła się w Hardford w stanie Connecticut/USA, a która z jakiegoś powodu przepływa ocean i ląduje na Litwie. Sami dziadkowie przybyli tu po wojnie, jako wojskowi przesiedleńcy, ze wsi Bajembały w powiecie trockim, niedaleko Wilna. Im bardziej pochylam się nad tym domem, grzebię w jego zakamarkach, tym większa unosi mnie ciekawość. To o czym uczę podczas mojej pracy i pisania stało się nagle częścią mnie.

A to wszystko pod tym dachem, gdzie przed wojną mieszkała jakaś rodzina, która opuściła swoje miejsce na ziemi na zawsze. Opuściła przyjaciół, sąsiadów, znajome krajobrazy, groby bliskich...Podobnie, jak moi dziadkowie, którzy wsiadali w pociąg towarowy, z jedną walizką, jadąc w nieznane...

(fot. Izabela Treutle)
Ten dach chronił w deszczu, burzy i zawieruchach przemian społeczno–politycznych. Przetrwał wojnę, ludzkie tragedie i zmartwienia. Tu umierano, ale i też tutaj rodziły się dzieci – w mojej rodzinie same dziewczyny. Ten dom przeszedł cierpliwie czas, w którym jego gospodarz nie zajmował się nim w należyty sposób. Przesiedleńcy początkowo mieli poczucie tymczasowości sytuacji, później ogarniała ich już jednostajność, może zniechęcenie. Tak też dając schronienie, dom nie był przez te wszystkie lata traktowany należycie.

I teraz przyszła kolej na mnie. Kolejne pokolenia pod tym dachem, z nową wizja świata, nadziejami i pragnieniami. Tylko krajobraz trwa niezmiennie, a bociany obsiadają swoje gniazda, jak co roku. Wieczorem od Łyny zaciąga śnieżnobiała mgła, a żurawie dają swój koncert. Stare jabłonie pewnie powiedziałyby więcej, ale dumnie i milcząco stoją na wzniesieniu. Może dachówki, które były świadkiem tych wszystkich momentów, powołane do nowego życia, powiedzą coś więcej?

Izabela Treutle

(fot. Izabela Treutle)

(fot. Izabela Treutle)

(Autorka)

Waldemar Majcher - twórca ludowy



Animator kultury, regionalista, twórca ludowy, Pełnomocnik Marszałka Województwa Warmińsko-Mazurskiego ds. ochrony dziedzictwa kultury niematerialnej. Uprawia malarstwo na szkle ponad 30 lat.

Urodził się w 1956 roku w Olsztynie. Wykształcenie wyższe magisterskie, politologia na Uniwersytecie Warmińsko-Mazurskim w Olsztynie, studia podyplomowe: edukacja artystyczna na Wydziale Sztuki UWM w Olsztynie. Jego obrazy malowane na szkle znalazły miejsce w zbiorach muzealnych i prywatnych galeriach na wszystkich kontynentach. Brał udział w ponad 100 wystawach zbiorowych i indywidualnych w kraju i zagranicą. O twórczości Waldemara Majchera powstała praca dyplomowa w Instytucie Archeologii i Etnologii Uniwersytetu Mikołaja Kopernika w Toruniu. Nakręcono filmy i programy (TVP, TVP Polonia, NDR-Niemcy, TV Rogers – Kanada). Organizuje i prowadzi zajęcia z malarstwa na szkle dla dzieci, młodzieży i dorosłych w muzeach, szkołach i świetlicach terapeutycznych.

Od roku 2000 jest prezesem Stowarzyszenia Twórców Ludowych oddział Warmińsko–Mazurski, a od roku 2000 członkiem Warmińsko-Mazurskiej Rady Towarzystw Kultury. W 2001 r. został powołany przez Departament Kultury Urzędu Marszałkowskiego w Olsztynie w skład grupy roboczej do prac w programie strategii rozwoju kultury woj. warmińsko-mazurskiego w obszarze „Dziedzictwo i Kultura”. W roku 2009 na Krajowym Zjeździe Stowarzyszenia Twórców Ludowych został wybrany na funkcję Prezesa Zarządu Głównego. Jest to Stowarzyszenie powstałe w 1968 roku z inicjatywy samych twórców, Zarząd Główny ma siedzibę w Lublinie, jest jedyną organizacją zrzeszającą zweryfikowanych pod względem etnograficznym twórców ludowych w zakresie wszystkich dziedzin sztuk plastycznych i folkloru tj. wykonawstwa pieśni i tańców, muzyki ludowej oraz wszelkich form ekspozycji scenicznych teatru ludowego, zwyczajów, obrzędów oraz literatury pisanej i ustnej. Stowarzyszenie przez 43 lata istnienia wypracowało szereg form edukacji i upowszechniania tradycyjnej kultury ludowej m.in.: poprzez tworzenie systemu dokumentacji kultury ludowej, organizację różnorodnych przedsięwzięć (np. Ogólnopolskie Targi Sztuki Ludowej, Ogólnopolski Konkurs Literacki im. Jana Pocka) oraz działalność wydawniczą, prezentująca z jednej strony osiągnięcia i poszukiwania naukowo – badawcze dotyczące kultury ludowej, z drugiej ukazująca dorobek samych twórców (w tym: kwartalnik „Twórczość Ludowa” - jedyne tego typu pismo w Polsce). Swój dorobek Stowarzyszenie Twórców Ludowych zawdzięcza w dużej mierze oddziałom terenowym, działającym w 24 regionach kraju.

Waldermar Majcher w 2009 roku był inicjatorem powołania pierwszego w RP stanowiska ds. ochrony niematerialnego dziedzictwa kulturowego w Urzędzie Marszałkowskim w Olsztynie, (jedynego do tej pory). Od roku 2010 powołany przez Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego w skład komisji oceniającej wnioski na stypendia twórcze, nagrody i zasiłki dla twórców. Jest pomysłodawcą i współorganizatorem licznych konkursów, jarmarków związanych z ochroną i promocją sztuki ludowej, niematerialnego dziedzictwa regionalnego. Jest także koordynatorem i współorganizatorem kilku konferencji naukowych, związanych z ratyfikacją Konwencji UNESCO z 2003 r. Członek Rady ds. niematerialnego dziedzictwa kulturowego, powołanej Zarządzeniem Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego z dnia 19 września 2013 r. jako organ pomocniczy Ministra, w związku z realizacją postanowień Konwencji UNESCO z 2003 r. w sprawie ochrony niematerialnego dziedzictwa kulturowego.

Obrazy malowane na szkle autorstwa Waldemara Majchera inspirowane są malowanymi kaflami ludowymi z terenu Warmii i Mazur. Początek tego rodzaju wytwórczości przypada na koniec XVIII wieku. Świadczą o tym napisy umieszczone na kaflach np.: 1794 rok. Ludowy garncarz, który początkowo czerpał wzory ze sztuki mieszczańskiej, z czasem rysunkom na kaflach nadał nową treść: stanowią one prawdziwą kronikę codziennego życia wsi mazurskiej, opisującą prace, zabawy, zwyczaje świąteczne, czy też inne ciekawe wydarzenia dziejące się na wsi, nie brak też motywów religijnych, zaczerpniętych z Pisma Świętego. Niektóre z obrazków poruszają problematykę społeczną. Inne zaś przedstawiają ważne wydarzenia historyczne, o których wiedza przetrwała w ustnej tradycji, bądź te, których społeczność była świadkiem, lub wieść o nich dotarła do niej poprzez prasę. Na nich też często występują postacie żołnierzy z epoki, pieszych i konnych: jest to najpewniej wyraz istotnej pozycji, jaką wojsko zajmowało w mentalności mieszkańców dawnej wsi mazurskiej. Sceny te opatrzono niekiedy zwięzłym komentarzem. Pojawiały się rysunki o głębszej refleksji politycznej, które ukazywały stosunek miejscowej ludności do wojen napoleońskich. Niejednokrotnie są one opatrzone inskrypcją w języku polskim, która komentuje, często w żartobliwie, dane przedstawienie. Kafle stały się swoistą galerią obrazów o tematyce mającej cieszyć oko, bawić treścią scen rodzajowych Unikalny zbiór kafli znajduje się w Muzeum w Szczytnie i Olsztynie.

(red.)



Lamkowo

(Lamkowo, szkolny dach, fot. Agnieszka Pacyńska-Czarnecka)
Lamkowo (dawniej niem. Lemkendorf) – to zapomniana warmińska wieś, znajdująca się w gminie Barczewo, niedaleko Jezioran. Zapomniana, bo daleko od szosy w sensie łatwego dojazdu publicznymi środkami transportu. Z tego samego powodu dzieciom trudno jest dojechać do tutejszej szkoły. Potrzebny jest nowy szkolny bus - bo obecny jest zbyt mały i musi kursować kilka razy. A w konsekwencji dzieciaki z niektórych zabudowań muszą wcześnie wstawać - ich droga do szkoły jest długa.

Ale to wieś niezwykła o wielowiekowej tradycji. Warto wspomnieć, że z Lamkowa pochodził Franciszek Szczepański, znany na Warmii działacz społeczny i polityczny, poseł do Reichstagu, kierownik i organizator sieci bibliotek Towarzystwa Czytelni Ludowych, współzałożyciel Gazety Olsztyńskiej. Pochowany jest na tutejszym cmentarzu. 7 maja 1999 roku Szkole Podstawowej w Lamkowie nadano imię Franciszka Szczepańskiego.

Wieś powstała na początku XIV wieku ale zapewne istniało tu wcześniejsze osadnictwo Prusów, a i być może Goci się przewinęli w epoce żelaza. W roku 1333 Lamkowo wymieniane jest w dokumentach, kiedy to biskup warmiński Jan Stryprock wydał zgodę Prusowi Heneko Wegnerowi przywilej na wystawienie karczmy we wsi Brunsdorf. Bo taką nazwę nosiło pierwotnie Lamkowo. Czy karczma powstała na zupełnym odludziu? Raczej wątpliwe. Musiała tu już istnieć osada, najpewniej zamieszkała przez Prusów.

Urzędowa lokacja Lamkowa została dokonana 13 kwietnia 1363 roku przez tego samego biskupa Jana Stryprocka. Wkrótce potem wybudowano drewniany kościół parafialny. W tym czasie we wsi był już karczmarz i sołtys. Na przestrzeni wieków wieś wielokrotnie była niszczona na skutek działań wojennych, np. w czasie wojny polsko-krzyżackiej z lat (1519-1521). Wieś spłonęła w styczniu 1521 roku, kiedy mistrz Albrecht wycofał się z Jezioran w kierunku Barczewa i podpalił Lamkowo (Warmia w tym czasie była częścią Polski).

(Widok na szkołe i szkolny budynek gospodarczy, fot. S. Czachorowski)
Danych z przeszłości jest niewiele. Być może tę historię mogłyby opowiedzieć „gadające dachówki”.

W 1533 roku wieś liczyła 53 włóki i ponownie została spalona. Pozostał tylko jeden sołtys bez chłopów. Wskazuje to na znaczne wyludnienie. A skalę zniszczenia zabudowań podkreśla fakt, iż nie zachował się także kościół. Trzydzieści lat później, w 1569 roku, opustoszałej wsi Lamkowo biskup warmiński Stanisław Hozjusz nadał siedem włók sołeckich braciom Maciejowi i Franciszkowi Jagiełkom, zlecając sprowadzenie osadników na pozostałe 63 włóki. Była to więc próba zasiedlenia od dawna opuszczonej i podupadającej wsi. Z kolei biskup Marcin Kromer w 1574 roku nadał 4 włóki na uposażenie kościoła, ustanowił proboszcza i przyłączył do parafii prócz Lamkowa wsie zwane Ottendorf, Wierzkup, Derc, Kronowo i Parleza. Kolejny drewniany kościół zbudowany został w 1574 roku przez biskupa włocławskiego Stanisława Karnkowskiego, poświęcony został ku czci Najświętszej Maryi Panny i św. Augustyna.

(Kościół w Lamkowie, fot. S. Czachorowski)
W 1582 roku bisku Marcin Kromer ponowił lokację i potwierdził, że jego poprzednik biskup Stanisław Hozjusz w celu odbudowania wsi Lamkowo wyznaczył 70 włók i sprzedał sołectwo z 7 włókami braciom Maciejowi i Franciszkowi Jagiełkom. Przywilej ten zatwierdził Marcin Kromer Maciejowi i Walentynemu synom śp. Franciszka Jagiełka. To nieliczne przykłady z dokumentów, w których wymieniani są mieszkańcy Lamkowa z imienia i nazwiska.

Szkoła w Lamkowie istniała już w XVI wieku, bowiem z dokumentów wynika, iż przed 1582 rokiem w Lamkowie była szkoła a pracował w niej nauczyciel Jan Kurek. W styczniu 1584 roku biskup warmiński wystawił kolejny przywilej lokacyjny dla Lamkowa. Dokument wymienia proboszcza Łukasza Kaszyńskiego, a także karczmę dzierżawioną przez burmistrza Barczewa. Burzliwe Losy Lamkowa znajdują swoje odzwierciedlenie w kolejnych wystawianych przywilejach (akty własności), zapewne poprzednie dokumenty ulegały zniszczeniu (wojny, pożary itd.). Przywilej na karczmę w Lamkowie p został ponownie odnowiony w 1624 roku.

W 1656 wieś liczyła 70 włók (włóka to miara powierzchni), 9 gburów (chłopów), 2 dziedzicznych sołtysów, 1 wolny ziemianin zobowiązany do jednej służby i dwie karczmy. O chłopach pańszczyźnianych i parobkach się nie wspomina. Cztery lata później wieś Lamkowo liczyła 70 włók, w tym 4 należące do kościoła, 7 było sołeckich, 3 wolne (należące do wolnych ziemian), 18 uprawnych i 38 pustych. We wsi było trzech sołtysów: Jan Rogala, który posiadał 2 włóki ziemi (ok. 32 ha), Marcin Łykin i Mateusz Wypych oraz gospodarowało 9 chłopów. Jeden z nich Mateusz Rager miał 2 włóki ziemi, 4 konie, 2 krowy, 3 cielaki, 2 woły i 8 świń. Inni chłopi wymienieni w dokumentach to: Mateusz Pszczółka, Mazur, Kroczy, Kopacz (posiadali podobne gospodarstwa). Dokument wymienia kupca Tamasza Homera i dwóch ogrodników, których zwano: Jasiek Karczki i Jan Bedelski. Karczmę w Lamkowie była w dalszym ciągu dzierżawiona przez burmistrz i barczewskich rajców.

(Fot. S. Czachorowski)
W roku 1686 po raz trzeci wybudowano kościół. W 1709 roku w okronikach odnotowano wyjątkowo ostrą zimę, ale dżuma panującą w regionie ominęła Lamkowo. W 1737 roku biskup Krzysztof Andrzej Jan Szembek będąc w Lamkowie odnotował, że kościół uprzednio zbudowany jest zniszczony, i że należy położyć kamień węgielny i przystąpić do budowy nowej świątyni. Tak wybudowano czwarty z kolei budynek kościoła. 5 lipca 1748 roku barokowy kościół konsekrował biskup Adam Stanisław Grabowski, ku czci św. Mikołaja i św. Augustyna, który w 1830 spalił się wraz z wieżą, w której wisiał dzwon. W latach 1830-1831 roku odbudowano świątynię. Był to już piąty raz.

Z dawnych kronik tylko niewiele można się dowiedzieć. Dane zawarte w Wikipedii i innych popularnych źródłach są skromne. I praktycznie brakuje historii najnowszej, tej z XX i XXI wieku. Tę historię najnowszą warto byłoby spisać i opowiedzieć. Tak, aby „gadające dachówki” z Lamkowa inspirowały i miały o czym opowiadać.

Stanisław Czachorowski 

Więcej o Lamkowie
* Na Wikipedii: https://pl.wikipedia.org/wiki/Lamkowo
* W lokalnym serwisie turystycznym: http://naszawarmia.pl/o-miejscowosci/83984/Lamkowo http://naszawarmia.pl/64840,Lamkowo-wies-starsza-niz-Olsztyn.html#axzz3Hn9WNPoV